Bardziej literacka wersja o utopcu Zefliku z Nowin Wodzisławskiech 17.05. 2000 r. podpisana (radek) Radek Mikołajczyk
Burzliwy, październikowy dzień miał się już ku końcowi. Wiatr szamotał się w nadrzecznych zaroślach, zgrzytał konarami nagich już drzew żegnając słońce, które szybko chowało się między czarnymi chmurami a szarą rzeczną mgłą. Księżyc chyba nie miał zamiaru wznieś się ponad horyzont, pozwalając, by mroki nocy cierpliwie pochłaniały całą okolicę. Czerń bezgwiezdnej nocy rozcinała jedynie ciepła struga światła sącząca się z okna malutkiej chałupinki, w której krzątała się jeszcze starowinka Truda. Spojrzała na dogasające w kominku drwa, żarzące się leniwie czerwono-pomarańczowym światłem i wypełniające malutką izdebkę przyjemnym ciepłem, przykręciła lampę i siadła w bujanym fotelu z drutami i włóczką.
— Babciu … – cicho zawołał Tomek, który dawno powinien już spać. Truda wstała z fotela i usiadła na skraju rzeźbionego, dębowego łóżka.
— Nie śpisz wnusiu? – spytała cicho
— Boję się babciu! – wyszeptał Tomek i przysunął się do Trudy – Wydaje mi się, że na dworze ktoś jest. Cały czas zawodzi i zgrzyta … tam na pewno ktoś się skrada!
— Nie bój się wnusiu, tam nikogo nie ma – uspokajała Tomka – nie zważaj na te „zeflikowe harce”…
— Babciu, a kto to jest ten Zeflik? – spytał zaciekawiony i poruszony smyk.
— To długa historia, ale skoro jeszcze nie śpisz, mogę ci ją opowiedzieć na dobranoc.
— Tak babciu, opowiedz!
Truda usiadła wygodniej, zapatrzyła się w iskierki migające w szeroko otwartych oczach pobudzonego chłopca, zasłuchała się w wiatr zawodzący gdzieś za oknami i po chwili zaczęła swoją opowieść.
„Dawno, dawno temu, w czasach, których nie może pamiętać żaden człowiek, w niebie wybuchła straszliwa woja – wojna aniołów. Złe, zbuntowane anioły pod wodzą Szatana wystąpiły przeciwko Panu Bogu - chciały zawładnąć całym rajskim ogrodem i niedawno stworzoną na jego podobieństwo zieloną, cichą Ziemią. Wojna to była straszna, anioły walczyły wiatrem, piorunami, ogniem, deszczem i śnieżycami… Rajski ogród został zniszczony, a na Ziemi powstały rzeźbione piorunami góry i doliny, wypełnione deszczami morza i jeziora, ogniste wulkany i mroźne, śnieżne lodowce. Złe anioły, mimo iż posługiwały się kłamstwem, podstępem i innymi niegodziwościami przegrały wojnę z Panem Bogiem i dobrymi aniołami. Za karę zostały strącone z niebieskich przestrzeni. Szatan, którego strącił sam Pan Bóg wpadł najgłębiej, do gorącego wnętrza Ziemi, gdzie teraz znajduje się jego siedziba – Piekło; inne zbuntowane anioły spadały na twarde skały i tłukły się tak bardzo, że stawały się całe czarne - ludzie nazywali je czartami. Nasz, wodzisławski Zeflik miał jednak więcej szczęścia, bo zamiast na skały wpadł do moczarów nad rzeką Leśnicą i cały zzieleniał.
Mijały wieki. Zeflik żył sobie spokojnie na moczarach, czasami odwiedzał swojego diabelskiego kamrata Belzebuba, z którym grywał w karty i wymyślał nowe przekleństwa. Pewnego jednak razu nad Leśnicą pojawili się ludzie i założyli tu swoją osadę - Wodzisław. Na początku Zeflik z ukrycia obserwował ludzi, później, zirytowany ciągłym zgiełkiem postanowił robić im na złość. Wraz z Belzebubem wymyślili kilka diabelskich psot, by wygnać ludzi gdzie pieprz rośnie i odzyskać bagna. Czarty nie wiedziały jednak, że lud wodzisławski słynie z odwagi i byle czego się nie ulęknie. I tak, po kilku nieudanych psotach Belzebub zrezygnował, stracił ochotę na figle, opuścił Zeflika i udał się do piekła. Zeflik –uparty, zielony czart nie zamierzał się tak łatwo poddać. Upatrzył sobie za cel młyn Uherka, który był książęcym młynarzem i zaczął psocić na poważnie: a to wypuścił wodę ze stawu młyńskiego, a to nawrzucał gałęzi w młyńskie koła, a to nasypał piasku do mąki … Wymyślał najróżniejsze fortele, ale stary młynarz nie dał się wypędzić. Uherek zachodził w głowę, jak pokonać utopka, wiedział, że z czartem siłą wygrać nie może, dlatego postanowił Zeflika przekupić. Na wodzisławskim targu kupił Uherek wielką glinianą fajkę i worek ostrego tytoniu zwanego „barzokiem”, który uprawiano w okolicach Lubomii, poszedł na bagna i wywołał utopca. Zeflikowi tak przypadł do gustu Uherkowy prezent, że przestał psocić, a za „barzok” czyścił młyński staw i pomagał staremu młynarzowi. Z biegiem lat Zeflik i Uherek stali się prawdziwymi przyjaciółmi. W zimie, gdy rzeki i stawy zamarzały, a w całej okolicy trzymał ostry mróz, Uherek gościł Zeflika w swym młynie. Siadali przy kominku i dla kurażu popijali gorzałkę. Tak oto utoplec Zeflik złagodniał i stał się ulubieńcem całego Wodzisławia.”
Truda spojrzała na wnuczka.
— Teraz już śpij, Tomku.
— Babciu, a co się stało z Zeflikiem?
— Jedni ludzie mówią, że Pan Bóg zapomniał mu jego winy i zabrał do nieba; inni, że kiedy wybudowano tu kopalnie i woda ze stawów spłynęła a bagna wyschły Zeflik schował się pod ziemią i teraz w nocy, w deszczowe, wietrzne dni, da się słyszeć jego harce albo płacz. A teraz już śpij …
Dodane po 12 minutach:
A teroski o Zefliku po sląsku
Jak koza utopka Zeflika pragliwości oduczyła
Nie yno ludzie bywajom pragliwi, ale utopkom też sie to zdarzo. Przekonoł sie o tym Zeflik i potym sie długo gańbowoł, co tak sie zachowoł.
A było tymu tak. Krotko po tym jak Maryjka znejdła maluśkigo synka- Zefliczka nad rzekom, utopek wygroł dość dużo piniyndzy. Były po prowdzie papiorzane, a ni jak utopki lubiom szczybrne abo złote, ale przeca darywanymu koniowi sie w zymby nie zaglondo, a i za taki ańfachowe marki idzie bele co kupić. A jemu nie wiedzieć czamu zachciało sie konska pola wedle rzeki. Tom chynciom nie podrwdoł sie żodnymu, ani Maryja yno skuli tego wszystkigo zrobioł sie ogromnie szporobliwy aż do pragliwości. Jak mu baba wspomniała co by sie przidała jako krowiczka, bo małymu trza mlyka- przykludzioł za dwa dni jakoś kulawo koza z zapadnytymibokami i pedzioł, że na kozim sie lepszy dziecka chowajom. Boroka Maryjka wyporzondziyła we szopce miejsce dlo stworzynio i tak kole tego chodziyła, że za miesionc koza była nie do poznanio i z wdziynczności dowała cołki garnuszek mlyka. Jakoś też sie udało babie Zeflika namowić, coby prziszykowoł we szopce gorka na siano. Przi tym całym zaganianiu i lotaniu kole dzieciontka, kozy i chałpy nie dała se pozor, co sie stary utopek czymś gryzie. A on ciyngiem rozmyśloł kaj mo te wygrane piniondze skryć. Pole było do zapłacynio dziepro po godach, a popiorkow nie szło przeca starym sposobym zakopać we ziymi.
Umyśloł se na koniec, co je wsadzi do kajsterki i utko w rog gorki z sianym, kaj ich żodyn nie znejdzie. Tak też zrobioł!
Czy to dnie pryndzy gnały, czy Zeflik sie zapajoł, ale wcale do szopki nie zachodzioł. Dziepro jak prziszło do zapłacynio, poszoł utopek wyciongnonć schowane piniondze. Tela, że ich tam nie znejd. Cołki zielony po gymbie z wyblyszczonymi ślypiami zaczon na Maryjka wywrzaskiwać, co mu je ukradła! Boroka dłogo nie poradziała sie kapnyć, o co sie rozchodzi, a jaki sie dowiedziała, poszła do szopki. Za dwie zdrowaśki prziniosła poszarpano kajsterka i pokozała złośnikowi. Nasłochoł sie gorliwiec żoninego wajanio, ale baba przeca recht. Te sktyte we sianie piniondze zeżarła koza. Pola utopek nie kupioł, a od tego czasu koza była nojcynniejszo w cołkim Wodzisławiu.
Borok Zeflik dłogo przemyśliwoł nad rzekom. Na koniec sie zmog. Wykopoł jedyn skarb-
czyk i ze trzech złotych piniyndzy doł Maryjce zrobić piykne zausznice, z przeproszyniym za swoja pragliwo natura. A synkowi to zawczasu kupioł skarbonka coby mioł kaj piyniondze ciepać.
Napisała Kasia Szłapka a tekst pochodzi z miesięcznika "Zeflik"